mordasiewicz

Szukaj
Idź do spisu treści

Menu główne

Rok 1939

Rodzina > Dziennik wojenny

24.08.1939
Od kilku dni byłem zaangażowanym do pracy w Hurcie Polskim w Grodnie na stanowisku kierownika Hurtu, przedtem miałem przejść 9 m okres próbny, z 23 na 24.08.39 nie pojechałem do domu lecz poszedłem do Wali odwiedzić no i załatwić pewne sprawy w  dniu poprzednim praca w Hurcie oraz  tok życia niczem nie dawało się dawało odczuwać, że jesteśmy w przededniu wojny i to wojny  totalistycznej, wojny  strasznej  i barbarzyńskiej, potem przekonaliśmy się.

25.08.1939
Z rana o godz. 5 wstałem by się udać do swojej formacji, Ziuta wyjęła Janeczkę z łóżeczka, która jeszcze śpiąca objęła za szyję rączkami skłoniwszy główkę na ramię drzemała dalej, nie przeczuwało biedne maleństwo, że tatuś na tak długo odchodzi. Ziut większy już nieco się rozpłakał, przyszli Benek z Marysią, Jozik z Andzią, Mama i sąsiedzi, poczem na dworzec, pociągiem pospiesznym jadę przez Wilno do Lidy, na dworcu jeszcze przyszli pożegnać Grodzka z Grodzkim, jadę, odjeżdża też Józik Zaspicz. W Wilnie nie trzeba było długo czekać gdyż po jakich dziesięciu minutach odchodzi pociąg na Lidę, tak że na godz. 9 byłem już w 5 p.L. ze mną przyjechał Paweł Klimaszewski, on dostaje przydział do plutonu meteo, ja zaś do Kompanji dyspozycyjnej, w tymże dniu zostaliśmy umundurowani, ...........(?) łaźni i załatwienie niezbędnych formalności, wszystko szło b. sprawnie, gdyż  magazyny mundurowe i broni byli rozmieszczone po okolicznych wioskach, ja np. byłem mundurowany we wsi  Nowosiołki, z 25 na 26 jeszcze pełniłem wartę przy magazynie mundurowym i broni. Dnia 25.08.1939 dostaliśmy wieczorem szczepienie ochronne.

26.08.1939
D-ca Komp. Dysp. zarządził ćwiczenie, starym trybem "salutowanie" ażeby przypomnieć, trudno, wojsko ale lepiej byłoby gdyby lepiej zapoznali z bronią, bo przecież jesteśmy w przededniu wojny, salutować gdy trochę nie przepisowo zasalutuje się to i tak obejdzie  ale cóż zrobić wojsko - rozkaz i gata.

27.08.1939
Niedziela, z rana idziemy na śniadanie, lecz w pułku nie doszliśmy do kuchni, w drodze zatrzymano nas i kto miał ukończone obsługę KM  wystąp, a nas sześćdziesięciu kilku załadowano na samochód, wróciliśmy do wsi, zabraliśmy swoje klamoty i na stację kolejową,, przyjeżdżamy tam lecz już tabor samochodowy 152 eskadry był załadowany, nasz późniejszy tabor też już był na wagonach, na rampie ustawiliśmy się w dwuszeregu, poczem przyszedł mjr.
Iwaszkiewicz pożegnał nas. Wpakowaliśmy sie na wagony i jazda trasa na Wilno, Grodno, Białystok, Małkinię do Ostrowi Mazowieckiej, w drodze skorzystałem, że przejeżdżaliśmy przez Porzecze, wpadłem jeszcze do domu by raz jeszcze ucałować najdroższe dzieciaki. Zabrałem jeszcze  z sobą przybory do golenia i inne drobne rzeczy. W pociągu spotkałem Antka, Apolinarego, Pawła Mojwicza, jednem słowem cała kupa nas jechała, raz jeszcze się pożegnaliśmy ze swoimy i jedziemy, naród nieświadomy jeszcze był co go czeka to też nie było widocznego przygnębienia. Wszyscy byliśmy dobry myśli, wszyscy myśleliśmy jeszcze, że to nic strasznego i za pare tygodni wrócimy do swoich, do przerwanej chwilowo pracy, myśleliśmy że tak będzie jak z Zaolziem, że wobec dobrych stosunków z Francją i Anglią, niemiec nie rzuci się na Polskę. Zresztą wierzyliśmy tak szumnym hasłom, że jesteśmy "silni, zwarci i gotowi". Niestety tak byliśmy gotowi do największych poświęceń, do największego heroizmu, byliśmy zwarci, gdyż ustały walki partyjne, które u nas w Polsce tak dużo szkodziły, byliśmy zwarci w obliczu tego największego niebezpieczeństwa i byliśmy też silni, bardzo silni lecz tylko duchem, gdyż brakło nam sprzętu wojennego a co najgłówniejsze brakło nam lotnictwa, brakło nam samolotów bojowych, brakło nam broni pancernej i przeciwpancernej. Mężowie naszego stanu zlekceważyli przestrogi gen. Sikorskiego późniejszego Wodza Narodu, który w roku 1935 tak trafnie przewidział jaka będzie wojna w przyszłości, kto ją rozpęta, jakie bronie będą w natarciu użyte, co trzeba przeciwziąść by zapobiec temu. Wydawnictwo i przestrogi gen. Sikorskiego wydane w Paryżu  niestety nie były poważnie wzięte pod rozwagę ani u nas ani w naszej sojuszniczej Francji, u nas klika rządząca zanadto była zapatrzona aby nie utracić swojego żłobu, były budowane okazałe, reprezentacyjne gmachy,  wystawne przyjęcia, miljardy złotych szły na zaspokojenie wysokich ambicji. Rydz Śmigły był dobry tylko na rewje, premier Składkowski zajęty był aby były pomalowane na kolor stalowy drzwi, płoty i sracze, żeby w ten sposób reprezentować kulturę Polski. W tym samym czasie tuż za granicą zachodnią machina germańska dzień i noc kuła zbroje, by później zadać tak potężny cios Europie, nasz Bech (podobno miał pod Berlinem majątek, a brat jego byłwyższym oficerem w armji niemieckiej) prowadził zgubną politykę Polską z Niemcami. Jedno tylko było jego zasługą, że potrafił nawiązać kontakt i zawrzeć przymierze i parol z Wielką Brytanią. Francja tymczasem za bardzo ufała swijej linii Maginota, co ją później zgubiło.

28.08.1939
Z rana zaczęliśmy wyładowywać swój sprzęt. W czasie rozładunku przekonaliśmy się, że niecały transport przyszedł z nami do Ostrów-Maz. gdyż w Małkinie w nocy 152 esk. odpięli (została rzucona pod Warszawę) a my to jest 151 esk.31,32 plut.lotn' 33 plut. wartowniczy i plut. meteo rozładowaliśmy się na stacji Ostrów-Maz., tam przy torze ugotowaliśmy 1 kawę "wojenną", poczem po śniadaniu 151 esk. odjechała do majątku zdaje mi się "Nowosiołki" a plutony to jest 31,32,33 i plut.meteo odjechaliśmy na wieś Grabownica Nowa, odległa o 6 km od miasta. Tam się rozlokowaliśmy, no i ogólne zapoznanie się między sobą, d-cą plut.był por.rez. Stasiewicz Zygmunt  człowiek niezbyt dobry, gburowaty. Szefem był plut. Wiltos Antoni chłop b.porządny jak to się mówi "chłop z jajami".Pierwszych kilka dni siedzimy spokojnie. Stan plutonu 25 + dowódca i szef. Pierwszych kilka dni upływają spokojnie, pracuję trochę w  kancelarji, wlaściwie nie było co robić, jednocześnie zostaję prowiantowym, po prowiant codziennie się jeździlo do Garnizonu to jest do Szkoły Podchorążych Ostrów Komorowo z drugiej strony miasta odległa o 3 km, co razem stanowiło trasę około 10 km. Wiadomości docierają słabe.

29.08.1939
Z
rana idę do pracy nic nie przeczuwając, że może ostatni raz a przynajmniej, że nastąpiło co było, zbliżając się do miasta widzę wyjeżdżające samochody oraz wojsko w pełnym rynsztunku bojowym wychodzące w stronę Łososny, kompanje 8 (? "tys."). Na przedmieściu widzę wielkie podniecenie ludności, jaki chłopak jadąc na rowerze krzyczał, że Niemcy wypowiedzieli wojnę Polsce, lecz niestety szwabi uderzyli bez wypowiedzenia, po niemiecku, po barbarzyńsku, gdyż w dniu gdy się toczyły rokowania, w tymże dniu lotnictwo i kolumny zmotoryzowane całym swoim impetem i niemiecką brutalnością uderzyło na Polskę, wracając do rzeczy, przychodzę do miasta, po ulicach stoją grupki kobiet, twarze zapłakane, młodzież podniecona, przed Hurtem dużo ludzi oczekujących na otwarcie sklepu i tu dowiadują się, że kilkanaście roczników zostało powołanych .Otwieramy sklep i rozpoczyna się praca. Około godziny 9 przychodzi p. Światłowski, daje kilka dyspozycji i odchodzi, po jakiejś godzinie wpada kpt. Wiśniewski (lub Wiszniewski) by się pożegnać przed odejściem gdzie obowiązek i rozkaz wzywa, o godzinie 11 przyjeżdża Ziuta i mówi, że dla mnie jest w  Gminie karta powołania, Janek  też przyjechał do 7 b. Pancernego, przyczem wpadło do Hurtu kilku kolegów by się pożegnać,u wszystkich nastrój i duch dobry. Czekam do godz.2 po poł. lecz gmina mi karty do Hurtu nie przysłała wobec tego idę z Ziutą do R.K.U. w Grodnie gdzie po zameldowaniu się u komend. R.K.U. otrzymuję drugą kartę, po sprawdzeniu na stacji, że pociąg na Lidę będzie dopiero około godz. 2 w nocy zdecydowałem się jechać jeszcze do domu by pożegnać się z najdroższymi, nie przeczuwałem, że ta rozłąka tak niestety długo potrwa. Tymczasem przepracowałem do wieczora, wieczorem przyjechałem do domu.

01.09.1939
Dowiadujemy się, że niemiec zbombardował dużą ilość miast, a zwłaszcza wszystkie lotniska, a nawet trafił do 5 p.Lot. do Lidy gdzie zrąbał nowy blok koszarowy oraz Park. Ostrów Maz. w tym dniu niezbyt bombardowany, natomiast Małkinia jako stacja węzłowa, codziennie była odwiedzana przez bombowcce niemieckie. Wybuch bomb oraz strzały z dział przeciwlotniczych słyszeliśmy bardzo dobrze gdyż w prostym rzucie Małkinia od nas była odległa około 10 km. W dzień dym, a w nocy łuna pożaru z palącego się miasta były dobrze widoczne.

04.09.1939
Mija tak kilka dni spokojnie, nad nami na dość znacznej wysokości przelatują bombowce niemieckie w kierunku Małkowic, nic z tego nie robimy, gdyż nie odczuliśmy skutków bombardowania, a że bombardowali odległą okolicę około 10 km od nas to na nas nic nie działało a do tego nie byliśmy świadomi tego, w dniu dzisiejszym podczas pobierania prowiantu w Ostrów Kom. coś ze cztery klucze niemieckie przeleciały nad Ostrów Kom. i Ostrów Maz.. Zrobiwszy po parę rund odlecieli, prawdopodobnie zrobili zdjęcia, w Ostrów Maz. artylerji przeciwlotniczej nie ma, tylko gdzieś koło Ostrów Komor. popukali do nich z paru karab. maszyn. i na tym koniec, nie wiem, jakie zadanie miała 151 esk. prawdopodobnie patrolowała one obiekty gdyż podczas lotów naszych maszyn widać nie było.

05.09.1939
Jak zwykle jadę do Ostrów Kom. po prowiant, dojeżdżając do rejonu Komar przed nami o jakieś trzysta metr. wybuchają bomby rzucone przez 3 samoloty niemieckie, które leciały na dość znacznej wysokości. W tym momencie bractwo wyrwało z samochodu do rowu, po odlocie samolotów podążamy na miejsce by móc nieść pierwszą pomoc, było to moje pierwsze zetknięcie się z momentem bombardowanym, chociaż nie byłem w chwili bombardowania w obiekcie bombardowania to jednak byłem bardzo blisko, pierwsze wrażenie było bardzo przykre, skutki bombardowania jeżeli ująć materjalnie nie były b. poważne gdyż żadna z bomb nie trafiła w budynki, lecz obok i poza wysadzonymi oknami od eksplozji oraz zerwania drutów telefonicznych i elektrycznych, innych uszkodzeń poważniejszych nie było. W ludziach około 10 zabitych i około 40 rannych, od siły podmuchu w promieniu do 300 metr. szyby wyleciały a w bezpośrednim miejscu koło wybuchu bomb okna i drzwi wyrwano z futrynami, na wartowni wszyscy wartownicy lżej lub ciężko ranni, na izbie chorych brak miejsca oraz brak środków opatrunkowych oraz brak lekarzy. Rannych wpierw poukładano na posadzce potem dopiero poznoszono łóżka z koszar. Stosunkowo nieduża ilość ofiar przejrzuje się temu, że rodziny podoficerów oraz urzędników były ewakuowane, wojska też nie było za wyjątkiem tylko niezbędnie potrzebnych ludzi do pełnienia służby oraz pracy związanych z (?) racjami żywnościowymi, w piekarni wojskowej pracowali piekarze cywilni, starsi już żydki, prowiantu wyfasować od razu nie można było, gdyż nie było komu wystawić faktur oraz wydać prowiant i kazano nam przyjechać o zmroku, więc się wróciliśmy do miasta. Okazuje się, że była bombardowana stacja towarowa oraz dworzec. Na torach stało kilka wagonów z naszą amunicją oraz benzyną.Wszystkich wartowników porozpędzał, w tym dniu wartę pełnił zdaje mi się i  Antek oraz Mojnicz, Mojnicz dołączył do plutonu prawie po tygodniu, Antek podobno dołączył do eskadry 1 p.Lot. dokładnie nie wiem, gdyż o tem mówił mi Mojnicz. W nocy jadąc z prowiantem na drodze zatrzymala nas żandarmerja prosząc a żeby zaciągnąć do miasta spaloną taksówkę, w której było zwęglonych 2 oficerów i kierowca samochodowy, prawdopodobnie zostali zestrzeleni przez jeden z samolotów niemieckich poczem od pocisków zapalających zapalił się samochód i zostali spaleni. Nasz samochód nie mógł tego uczynić, gdyż mieliśmy rozkazy od naszych władz lotn. by wyładować amunicję z wagonów. To też prawie wszyscy ludzie z 32 i33 pl.lotn. oraz samochody pojechali do pracy i przyjechali dopiero nad ranem.

06.09.1939
Z samego rana bombardowano Ostrów Mazowieck
ą, nad Grabownicą samoloty niemieckie coraz niżej latają, tak że zmuszeni byliśmy wykopać rowy przeciw odłamkowe też w lesie, rowy wykopaliśmy o jakie z 500 metr. od wsi. Z rana samolot niemiecki leciał nad samą wioską i szczęście, że bractwo i ludność jeszcze spała, gdyż inaczej na pewno byłaby kasza, ale jakoś spokojnie się obeszło. Wiltos wczoraj chciał jechać do Lidy po koce i inne drobne rzeczy, był na dworcu lecz niestety już jechać nie mógł, gdyż nie było komunikacji i gdy zaczęli rąbać dworzec i tory, a więc nawiał do swoich, tak więc wojnę zmuszeni byliśmy przejść bez kocy.
Po (?) podliczeniu bombardowania miasta było kilkanaście osób zabite, parę bomb padło koło samego magistratu.

07.09.1939
Z rana mamy zarządzony wyjazd i mamy dołączyć do 151 eskadry, jedziemy przez Ostrów Maz., Małkinię, tu dopiero widzimy plon pracy niemieckiej i zniszczenie, cała dzielnica za torem spalona, w mieście połowa domów zniszczono, nic dziwnego - przez cały tydzień rąbali, a i tak trzeba przyznać, że nie bardzo celnie, gdyż tysiące dziur było narobiono w około na łące i polu, kilka dziur na torach, najwięcej dziur koło mostu kolejowego przez Bug, którego jednak nie mogli trafić. Ludności cywilnej jest bardzo mało, gdyż wszystko pouciekało, nic dziwnego gdyż tydzień czasu wysiedzieć pod bombami to nic wesołego, przejeżdżamy koło składnicy taborów, pustki gdy przejeżdżamy koło składnicy akurat leciały samoloty niemieckie, a więc się schowaliśmy pod drzewa, po przelocie jedziemy dalej, pod wieczór dojeżdżamy do miejsca postoju, w miast. Nur przejechaliśmy przez Bug i zatrzymaliśmy w maj. Ceranowo, obok majątku, dosyć duża wieś również pod nazwą Ceranowo (Ceranów). 151 eskadra już była na miejscu. Po przyjeździe od razu nasz pluton zaciągnął wartę przy maszynach, które stały w  lasku o jakie 3 km od majątku.

08.09.1939
Otrzymuję rozkaz spędzenia ludzi do wykopania kartofli w majątku. Pas po wykopaniu kartofli na przestrzeni około 100 mtr. jest potrzebny do rolowania samolotów do lasku. Spędziłem około 100 ludzi, ludność dosyć ochoczo szła do pracy. W tymże dniu zostałem wyznaczonym na wartę przy "Karasiach" - pierwszy raz miałem możność dojrzenia z bliska naszego "Karasia". Wieczorem już o zmroku ludność z pobliskiej wsi przywiozła dla nas 2 bańki mleka, ustosunkowanie się ludności do wojska jest naprawdę wzruszające, po naszem przejeździe przez Bug, szwabi w kilka  godzin zbombardowali i spaliły most na rzece. Most był drewniany, jednocześnie maszyny szwabskie nie pozwoliły, obstrzeliwały z K.M. ludność i przez to samo uniemożliwiła dla Straży Pożarnej gaszenia ognia i dopiero gdy pół mostu była objęta płomieniami, maszyny odleciały i wtenczas dopiero można było przystąpić do gaszenia pożaru. Nad ranem przybiegł mały chłopczyk z sąsiedniej wsi i powiadomił, że jakiś czterech osobników zbliża się do lasku, w którym były zamaskowane samoloty i rzeczywiście po kilkunastu minutach zauważyłem czterech osobników, których zatrzymałem, a następnie odprowadziłem do policji na szosę, co policja z nimi zrobiła nie wiem.

09.09.1939
Otrzymujemy rozkaz dalszego odjazdu. Eskadra z powodu zepsucia 2 samochodów część bomb zakopano w lesie, część benzyny musieli wylać, my z plutonem swoim wyjechaliśmy naprzód, w pół godziny po naszym odjeździe 12 maszyn niemieckich zbombardowali majątek oraz miejsca gdzie stały samoloty. Naszych samolotów  już nie było, gdyż odleciały. Ludzie i tabor samochodowy stał w lasku po drugiej stronie tak o jakich 500 metr. od miejsca gdzie szwabi wywierały swoją złość rzucając bomby oraz strzelając po lasku, w którym już nikogo nie było.
My natomiast po odjeździe jakich 10 km zatrzymaliśmy się w malowniczym lasku brzozowym przy mająteczku (? jakiegoś posła) z zamiarem zaczekania i połączenia się z eskadrą, po kilku minutach nadleciało 2 klucze i czy nas zauważyli czy tylko dla przyjemności obsypali nas bombami. Co prawda nieduże po 50 kg, ale parę z nich padło od nas o jakich 10 - 15 mtr.  Na samym skraju leżałem z szefem i jeszcze paru chłopaków, tuż przy nas leżał nasz wódz por. Stasiewicz. Obsypało nas ziemią i gałęziami, ale chwała Bogu nikomu nic się nie stało, w ogóle mamy jeszcze trochę szczęścia, gdyż nazajutrz po naszym wyjeździe z Grabownicy, szwabi spalili całą wieś. Kilkanaście osób oraz 2 ludzi z 33 plut. zostało zabitych i dość znaczna ilość rannych, drugie po naszym przejeździe przez most w Nuru (?) po kilku godzinach zbombardowany i spalony. W Ceranowie w  pół godziny majątek i lotnisko zrąbano, teraz znów pół sekundy później wypuszczone bomby narobiłyby z nas kaszy. Od tego czasu nasz wódz zarządził, że wszelkie przejazdy będziemy robili tylko w nocy, toteż po pewnym ochłonięciu załadowaliśmy się do samochodów, poczem odjechaliśmy jeszcze z pięć km do większego lasku i tam przeczekaliśmy do zmierzchu i wieczorem, a właściwie przez całą noc jechaliśmy na nowe miejsce postoju.

10.09.1939
Z rana jeszcze szarówką przyjechaliśmy do majątku, dosyć duży i ładny majątek. Gospodarzy już nie było, tylko był rządca i służba, pierwszy głód zaspokajamy owocami jak jabłka, gruszki i śliwki. Ogród owocowy kilkanaście ha, z jednej strony alei młode jeszcze drzewka, między którymi wylądował nasz RWD . Schowaliśmy go między samochodami w alei, przez ten czas nasz "kuchmistrz" (Gojdź N.) nagotowal kawy z mlekiem, rządca dał masła i sera do chleba no i mieliśmy królewskie śniadanie, które nam bardzo smakowało, tembardziej że nic nie jedliśmy od śniadania poprzedniego dnia. Po śniadaniu poszliśmy do stodoły i chcieliśmy się przespać, ale nie da rady gdyż samoloty niemieckie latają w górze jak cholera, parę dział przeciwlotniczych w pobliskim mieście (5 km), zdaje mi się Siedlce, trzymają szwabów na odpowiedniej wysokości, ale to mu nie przeszkodziło o jakich 500 mtr. za stodołą wysypać coś z osiem sztuk, ale też jeden z pocisków przyciął jednego "Dorniera", który jeszcze z bombami i ludźmi niedaleko się zwalił, ale z powodu wybuchu bomb ze szwabów i maszyny zostały cząstki, tak że o śnie nie było mowy. Lecz w majątku tym długo nie popasaliśmy, tak że nawet nie byłem na lotnisku, dzień przeszedł bez poważniejszych wypadków. Wieczorem rozkaz dalszego wyjazdu. Jedziemy do "puszczy Białowieskiej", ze świtem

11.09.1939
Przejeżdżamy przez Hajnówkę, pociągi prawie nie chodzą, praca w tartakach zatrzymana, ludność miała wypłatę, na szosach trudno przejechać, gdyż ludność cywilna samochodami, furmankami, na rowerach oraz na piechotę niosąc tłumoki ucieka w panice, dokąd ? sami nie wiedzą, gdyż jedni ciągną na wschód, drudzy na zachód, lecz niestety wszędzie szwabskie maszyny dochodzą niosąc i siejąc zniszczenie i śmierć. My bezpośrednio nie spotkaliśmy się z niemcami oprócz samolotów, dotychczas nic więcej nie widzieliśmy,ale i to sieje straszne zniszczenie, gdyż w wielu wypadkach przejeżdżaliśmy przez wsie całkowicie spalone lub jeszcze palące się. W nocy jadąc widzi się ze wszystkich stron łuny pożarów, przy drogach dosyć często spotyka się świeże mogiły z zatkniętym krzyżem niejednokrotnie związanych dwóch patyków sznurkiem. Wiadomości blizszych nie mamy, gdyż ludność uciekająca opowiada niestworzone rzeczy, a my zresztą poza paru wypadkami już wspomnianymi innych incydentów nie mieliśmy. Po przejeździe Hajnówki zatrzymaliśmy się w majątku o jak 15 km, ale w tym majątku już nie tak nas przyjęto i przy pierwszym nas przywitaniu przez rządcę ten od razu nas kazał z majątku wyjeżdżać. Chcieliśmy coś kupić do zjedzenia to nic nam nie sprzedano, pomimo tego, że służba mówiła, że wyrabiają dobre sery litewskie, ale rządca powiedział, że już nie ma. Mleka do kawy też nie dał. Wieczorem wyjechaliśmy pluton z eskadrą o parę km do lasu.

12.09.1939
Nazajutrz nasz porucznik z eskadry wziął wóz oraz paru ludzi i pojechali do tegoż majątku po prowiant. Po paru godzinach przyjechał z powrotem przywożąc ładnego kabana na jakich 200 kg oraz 65 główek sera litewskiego, które znalazł w piwnicach, hura, dobra nasza, będziemy mieli na parę dni prowiant. W lasku tym stałyśmy coś ze cztery dni, z eskadry oraz naszego plutonu jeździli służbowo do Białegostoku.

15.09.1939
Wyjeżdżamy aż na Ukrainę, przejeżdżamy z powrotem przez Hajnówkę - przed Hajnówką po wyjeździe z lasu zastaliśmy drogę na przestrzeni jakiegoś 2 km zawaloną spiłowanymi przydrożnymi drzewami, gdyż w okolicy pojawiły się niemieckie czołgi, ale po oczyszczeniu drogi szczęśliwie przejeżdżamy. Był to nasz  najcięższy etap, gdyż jechaliśmy przez całą dobę bez przerwy, sądziliśmy, że tam nie będzie szwabskich maszyn, lecz niestety wszędzie są, wszędzie widać zniszczenie wyrządzone przez bombardowanie, nieraz spalone całe wsie doszczętnie, po miastach b. dużo domów zburzonych, lecz jednak mniejsze jest zniszczenie jak po tamtej stronie Bugu. Przejeżdżamy przez cały szereg miast i miasteczek, jak Krzemieniec, Zbaraż, Dubno. W Dubnie w czasie naszego przejazdu przez miasto był akurat nalot, miasto nie było zbyt wiele zburzone, w czasie przejazdu na jakich 2000 - 3000 mtr. leciało dwanaście maszyn niemieckich w szyku kluczowym po trzy, akurat zatrzymaliśmy się przy mostku. Tuż obok stało działo przeciw-lotnicze, które bez przerwy strzelało do nich lecz bez skutku, chociaż trzeba przyznać, że dosyć celnie, ale nie udało się trafić w żadnego sukinsyna. Po przelocie pojechaliśmy dalej.

16-17.09.1939
W nocy z 16 na 17 września przespaliśmy na samochodzie na ulicy jakiegoś miasteczka (nazwy nie wiem ) niedaleko miasta Kołomyja, przed tym miasteczkiem odbiliśmy się od 151 esk. 2 wozy z szefem Wiltosem, natomiast trzeci wóz z por. Stasiewiczem + 7 ludzi został gdzieś prawdopodobnie ze 151 esk. Ze świtem pojechaliśmy dalej, po przyjeździe do Kołomyji, szef zameldował się w D-twie Lotnictwa gdzie się dowiedział, że dotychczas 151 esk. nie ma ani też nie ma naszego porucznika, otrzymał rozkaz dołączenia do 152 esk. i zameldowania się u por.Galickiego, którzy mieli postój o jakie 6 - 7 km w lasku pod Kołomyją. Po dłuższym poszukiwaniu podczas którego odnalazł się motocyklista Żewuski (?) z motocyklem wreszcie dobiliśmy do 152 eskadry, gdzie dostaliśmy obiad i po tak męczącej podróży mogliśmy wreszcie wyciągnąć nogi oraz rozegrzeć na słoneczku, ale i tam mieliśmy kilka razy przerwy w odpoczynku ponieważ dranie latały. Po obiedzie około godziny czwartej nastawiają, a raczej instalują radio (zdobycz wojenna w jakimś majątku wraz z baterią i anteną) kręcimy na wszystkie skale. Polskie stacje jak zaklęte milczą, tylko niemieckie : muzyka rozrywka na całego, kręcąc tak napotykamy wreszcie na audycję nadawaną w języku polskim przez niemiecką rozgłośnię prawdopodobnie w Królewcu, że jakoby wojska sowieckie mają w 18.09. przekroczyć granicę Polską i wziąć pod swoją opiekę Białoruś i Ukrainę. Nie wierzymy temu, lecz wkrótce przychodzą kpt. Kramer i por. Galicki, o czem im meldujemy, też nie chcą wierzyć, około godziny piątej nastawiamy radio na Moskwę przyczem trafiamy na przemówienie Mołotowa, który (w/g jego słów z powodu że Rząd Polski opuścił kraj i wyjechał za granicę, postanowił i dał rozkaz swojej armii przekroczenia granicy Polskiej i wzięcie w opiekę białorusinów i ukraińców. Kpt. Kramer i por. Galicki nie czekając końca audycji wsiedli do " łazika" i pojechali do Kołomyji po rozkazy. Szef eskadry samorzutnie dał rozkaz uzupełnienia zbiorników samochodowych w paliwo na nasze wozy chociaż gwałtem, lecz również otrzymaliśmy paliwo. Około godziny 7 wieczór przyjechali kpt. Kramer i por. Galicki wyjechaliśmy na drogę,lecz na szosach był tak straszny ścisk, że nieraz trzeba było stać godzinami ażeby posunąć 100 mtr. , a potem znów czekać godzinę na dalsze 100 mtr. i tylko dzięki kpt. Kramerowi nareszcie się wybiliśmy  na jakąś drogę mniej zatarasowaną  i dociągnęliśmy  do wsi Kuty Stare odległe o 2 km od  granicy Rumunji, usposobienie ludności na ile na poprzednich etapach była serdeczną na tyle na   Ukrainie dawało się odczuć pewne oziębłe ustosunkowanie, a nawet miejscami wrogie. Lecz trafiały i patriotyczne jednostki i w większości, gdy się dowiedzieli, że mamy przekroczyć granicę Rumuńską ludność płakała, poznosili do naszych samochodów owoców, mleka itp. Przed nami i zaraz za nami stały setki samochodów osobowych i ciężarowych z oficerami i tylko nasza eskadra zwarcie przechodziła granicę, na postoju dały się wyczuć jakąś niechęć do oficerów, słyszały się bardzo cierpkie docinki pod adresem oficerów - jak, dlaczego sami nawiewają i gdzie zostawili swoje wojska ? itp.                                                                                                                        

18.09.1939
Pamiętny dzień godz.8.45 przekraczamy granicę Rumuńską, ostatnie pożegnanie z krajem Ojczystym i z ludnością, nastrój przygnębiający, już od samego wczesnego świtu jakby niebo się zlitowało nad naszą niedolą i rozpłakało się z żalu, bo gdy od samego początku wojny taka śliczna była pogoda co pozwalało w pełni wykorzystać lotnictwo przez szwabów do bombardowania naszych wsi i miast do obstrzeliwania z karabinów maszynowych bezbronnej ludności, tak w tym dniu gdy przekraczaliśmy granicę by udać się na tułaczkę po obczyźnie, samo niebo się rozpłakało. O godz.8.45 przekraczamy granicę, przejeżdżamy most, gdzie na moście obok naszej flagi, która smutnie zwisa w dół, zawieszona jest rumuńska flaga na maszcie. Stoją rumuńscy żandarmi, ostatnie spojrzenie i już jesteśmy na rumuńskiej ziemi zaprzyjaźnionej z nami, idziemy z nadzieją, że nie na długo, wszak mamy tak potężnych sprzymierzeńców Francję,Anglia, Rumunia, Węgry, wszak nam dopomogą do walki z naszym śmiertelnym wrogiem, wszak jeszcze odzyskamy utraconą chwilowo niepodległość i teraz przez Rumunię jedziemy na zachodni front do Francji i tam ztyłu uderzymy na Szwaba, wszak nas rumuni przepuszczą przez swój kraj, wszak to nasi sprzymierzeńcy,lecz po przejechaniu ze 30 km w m.Staryńcu każą oddać broń, w naszym samochodzie zatrzymujemy karabiny i amunicję, chowamy to pod łopaty, kilofy. Na innych samochodach to samo k.bk. oraz karabiny maszynowe pochowano po paczki, rumunom mówimy, że nie ma karabinów. Rumuni bardzo nie nalegali, gdyż wiedzieli, że i tak broń ich będzie. W Starozyńcu widziałem cały nasz Sztab Generalny, jechali służbowymy samochodamy, wieźli z sobą kobiety, pieski, walizy, walizeczki, naliczyłem tego coś około 50 samochodów, ale niech ich historia sądzi za ich czyny.

19.09.1939
Przenocowaliśmy w Starożyńcu, na rynku oficerowie mając pieniądze mogli zjeść i napić, nam szeregowym nie było za co pić. Zresztą napiliśmy się łez do syta, w naszym plutonie to wszyscy prawie żonaci zostawili w domu dzieci, żony i w ogóle rodziny. Pisałem kilka listów z różnych miejsców postoju, bardzo wątpię czy który doszedł, jak oni tam żyją i czy żyją Bóg raczy wiedzieć, gdy byliśmy w kraju to jednak mieliśmy nadzieję, że może to długo trwać nie będzie, ale teraz ?
  Z rana około godziny 9 rano chłopcy buntują się i chcą iść z powrotem do kraju by wrócić do domu, ale czy można popełnić dezercję chociaż oni uwazają, że z chwilą przekroczenia granicy stosunek służbowy wiążący nas ze służbą wojskową ustaje. Ja osobiście mam inne zdanie i gdy wszyscy zeszli z samochodu z zamiarem pójścia, ja pozostałem, a także chłopcom perswadowałem, wszyscy z wyjątkiem trzech usłuchali mnie. Za wyjątkiem 3, a mianowicie Radziwon(?), Waci i Zaszru(?) i
poszli, czy dojdą do domu ? Kto to wiedzieć może. Wieczorem kazano nam się załadować do wagonów, w warunkach nad wyraz kiepskich, gdyż do wagonu pakowali nas po 65 - 70 ludzi, jednym slowem jak śledzi do beczki. W czasie drogi otrzymaliśmy po 20 zł gotówki na otarcie łez, wozili się z nami jak kura z jajkiem. Jeździliśmy przez 3 dni, przejechaliśmy przez całą Rumunię, byliśmy 30 km od portu Consluta(?), wreszcie cofnęli nas z powrotem i żołnierzy wyładowali na St.Babadag, zaś oficerowie pojechali do Tulcy nad Dunajem.

22.09.1939
Po wyładowaniu się z pociągu podzielono nas na grupy po 50 ludzi + 3 oficerów i marsz do Bułgarskiej wioski odległej o 18 km. Principele-chickej ,deszcz jak licho, ziemia gliniasta, idziemy na piechotę przez pola, prowadzi nas kpt. Kramer w ogóle człowiek dbający o wojsko pomimo tego, ze proszono Go by siadł na furmankę, odmówił jednak, odmówił i powiedział, że idzie razem z wojskiem. Za przykładem jego jeszcze kilku oficerów, a zwłaszcza młodych idzie razem z nami, po paru godzinach marszu dobiliśmy wreszcie do tej wsi. Wieś duza, bo około 1000 domów. Domki nie są duże, gliniane, ale w środku dosyć czysto, rozlokowano nas po 3 - 5 , niektórzy trafili b.dobrze, ja nieszczególnie gdyż trzeba było spać na macie słomianej, ale trudno. Samochody poszły rzutem kolowym, gdzie? Nie mam pojęcia. Z życiem gorzej, bo mają dać nam gospodarze, gospodyni nasza ugotowała jakiejś kaszy, podobna do jęczmiennej, ale nałożyła pieprzu tureckiego tak dużo, że trudno do przełknięcia, bułgarzy w ogóle to mają jak u nasz ...... , jedzą te strąki pieprzu z chlebem jak my słoninę. My na razie na kolację mieliśmy po kawalku słoniny, to kolację mieliśmy, jak dalej będzie Bóg wie.

23.09.1939
Niedziela, przyjechał ksiądz, odprawił Mszę Św. Starzy ludzie płakali jak dzieci, gdyż przykry jest los żołnierza Polskiego. Tułacza. Czy długo tutaj będziemy ? Czy długo nam przyjdzie tułać się po szerokim świecie. Wiadomości nie mamy żadnych - co nas czeka - Bóg raczy wiedzieć, tymczasem żołądek domaga się swoich praw, jeszcze mamy po parę ley to jakoś herbaty kupimy, chleba gospodyni dała i tak śniadanie przeszło. W obiad gospodyni zarznęła kurę, ale znów tak pieprzu nałożyła, że stanowczo jeść nie można. Gospodyni i jej syn proszą a żeby jeść, lecz trudno. Tymczasem dowiadujemy się b. przykrych rzeczy, nie wiem czyja to wina, płatnik eskadry 152 ppor. Sypka miał z sobą ze 12000 zł, oficerom i podoficerom zawodowym wypłaciły 3 miesięczne pobory z góry, żołnierzom tymczasem nie dano ani grosza, nasza najbliższa szarża przełożona - kpt.lek. Kramer, por.obs. Galicki, ppor płatnik Sypka i szef esk. Kucnerowicz na podoficerów tak zwanych "leśne dziatki" dosyć sporo, no ale nic, jakoś będzie, przetrwamy, tylko że dał Bóg to nie trwało zbyt długo.

29.09.1939
Mieliśmy zostać na tej wsi, lecz z powodu, że dosyć sporo ludzi choruje, wróciliśmy do Babadag, zamieszkaliśmy w koszarach wojskowych. Co to za uczucie po tych kilku tygodniach włóczęgi, noclegów pod drzewkami i z uczuciem, że w każdej chwili może trafić bomba rzucona przez niemieckiego lotnika, lub być posiekanym z karabinu maszynowego z niemieckiego czołgu, teraz przespać się w łóżku i dosyć spokojnie co prawda spaliśmy po 4 -5 ludzi w poprzek wstawionych dwóch łóżkach, no oczywiście że wszyscy musieliśmy spać na jednym i tym samym boku i gdy który chciał się przewrócić na drugi bok to musiał tem samem obudzić swoich współtowarzyszy doli i niedoli tułaczy. Zaczynają kaczki chodzić, że mamy wkrótce wyjechać do Francji - czy to prawda ? Bóg raczy wiedzieć, d-cą naszej grupy nadal jest kpt.Kramer, stara się a żeby otrzymać naszą kuchnię polową i wreszcie gdy rumuni nie chcieli mu dać to po prostu z jednym szoferem ukradli samochód i kuchnię, jak również dowiedział się, że mamy otrzymywać po 14 ley dziennie na wyżywienie i co za stawka - żołnierze  do kaprala włącznie 14 ley dziennie - podoficerowie 80 ley dziennie, a oficerowie 200 ley dziennie. Co za parodia i jaka rozpiętość, ale trudno. Gdy w kraju czas był zajęty rozmaitymi zajęciami i przez to  samo mniej było czasu o myśleniu o najdroższych, mój Boże! Co z nimy się dzieje? Jak tam moja Januś?  Ziutek i Mama? Czy żyją? Czy tam nie było u nich bombardowania, bo podobno Grodno i Orawy jednak były bombardowane, a czy  tam u nas spokój był. W nocy nieraz sny przenoszą wyobraźnię do swoich, po przebudzeniu się jednak zjawia się szara rzeczywistość, podobno można pisać listy do domu, pisałem w kraju listy ale czy który doszedł bardzo wątpię, możne ten jeden, który pisałem z majątku, a który miał zabrać jeden gość samochodem do Wilna i tam miał wrzucić do skrzynki, może ten doszedł.

02.10.1939
Korzystam z okazji, że można wysłać listy do domu, a więc piszę listy do domu oraz do Chmielewskich, może który dojdzie, żeby chociaż zawiadomić, że żyję i żeby otrzymać od nich wiadomość jak oni tam żyją. Przez tych parę dni znowu  żadnych nie ma. Gdy u nas była taka śliczna pogoda to tutaj leje bez ustanku, jednym słowem źle się dzieje na Bożym świecie.

08.10.1939
Znów minęło kilka dni w monotonnej szarudze. Najrozmaitsze bujdy chodzą, ale bliższych wiadomości niestety nie mamy, wieczorem czasem jak przyjdzie sierż. Łyduch z miasta Tulaji(?)  to mówi, że słyszał polski dziennik w radio nadawany przez francuskie rozgłośnie, że we Francji  organizuje się na nowo armia polska pod dowództwem Gen.Sikorskiego, że na razie niemcy liżą swoje rany. Po obiedzie przy zbiórce wybierali robotników wyspecjalizowanych , a przeważnie stolarzy, cieśli, murarzy, ślusarzy, kowali, betoniarzy i mają wyjechać gdzieś do pracy, szkoda, że się nie zgłosiłem, wyjeżdżają, będą pracować podobnie przy budowie baraków i to dla nas, podobnie zanosi się nasz pobyt na dłuższy okres, tymczasem nie ma dnia a żebym myślą nie był przy swoich najbliższych, nie ma nocy by ich nie widział w śnie i nie był razem z nimi, a z rana znów szara rzeczywistość, znowu beznadziejny smutek i tęsknota za najbliższymi, za najdroższymi. Tymczasem nasza władza zaczyna coraz więcej się troszczyć o nas, gdyż jakoś kombinują i przynajmniej łyżkę ciepłej strawy można dostać. Z naszego plutonu pozostało nas tylko czterech : ja, Martun Józef, Karpowicz Julek i Gojdź Nikodem, reszta pojechała do pracy.
  Zmiana d-cy grupy, dowództwo objął mjr.Owczarski, jaki będzie człowiek nie wiadomo, tymczasem zarządził poranną gimnastykę i wymarsze, mówi, że wojsko się nudzi, nie ma co robić i przez to spleśnieje. No zobaczymy co z tego wojska wyjdzie, są tacy którzy twierdza, że już nie jesteśmy wojskiem i władze wojskowe nic do nas nie mają, ja natomiast mam swoje zapatrywanie i uważam, że jednak jesteśmy wojskiem i stosunek służbowy nie jest  rozwiązany tylko jesteśmy nieco w innych warunkach, zresztą każdy ma swoje zapatrywanie.

12.10.1939
Znowu zmiana miejsca, gdyż mamy wymarsz do wsi  Stara-Rusa 12 km od Babadag, sama nazwa wskazuje, że jest to wieś rosyjska i tak w rzeczywistości jest, wieś dosyć duża, bo blisko 1000 domów, podobno pierwsi mieszkańcy tej wsi osiedlili się niezbyt dawno, bo podobno około 100 lat z Sybiru, są tacy którzy mają po kilka a nawet kilkanaście ha gruntów, niektórzy żyją dosyć możliwie, ludność ruska właściwie są Starowiercy, którzy mają swojego księdza, są jeszcze starszej wiary, których obowiązki duchownych wykonują diaki no i są prawosławni, na ogół naród jest dobry. Przyjęli nas b. serdecznie, a najważniejsze, że można się rozmówić, no i w ogóle można było żyć, tylko jest tam taki zwyczaj, że w mieszkaniu nie wolno palić tytoniu, bo "swiatyja" zakopcą się. W mieszkaniach b. czyściutko i zazwyczaj  jest 2 a nwet 3 izby gospodarcze. Od pierwszego dnia tak powierzyli że naszym pokusom oddawali klucze od całego swojego majątku gdy wyjeżdżali w pole lub do miasta, no i oczywiście częstują winem, rumunów jest b. mało, jednak miejscowa  ludność rumunów nienawidzi. Zresztą rumuni z nimi obchodzą się po cygańsku, za wszystko każą płacić  i to za dom, gospodarstwo, za krowy, kozy, w ogóle za wszystko każą placić podatki a to dosyć słone podatki no i biada tym, który zagubią swój kwit, gdyż bezwzględnie będą musieli zapłacić drugi raz podatek.
  W związku z przeniesieniem się do Babadag, podoficerowie od plut. wzwyż wyjechali do innego obozu, w tym obozie jest co ze 400 lotników i około 160 zbieranina z różnych rodzai broni, d-cą naszym jest kpt. Komarowski, gdyż mjr. Owczarski został w Delegaturze Wojsk Polskich w Babadag. Szefem Deleg. jest płk. Libich Andrzej.

15.10.1939
Mamy wizytację, przyjechał rumuński d-ca polskich obozów internowanych Okręgu Babadag płk. Zajkaro ze swoim adiutantem por. Jankowskim, który podobno jest polakiem tylko służy w wojsku rumuńskim, rozmawia b. dobrze po polsku, tak zdenerwował naszego komendanta kap. Komarowskiego, że biedak wyjechal do szpitala, trudno szkoda,bo dosyć dobrym był człowiekiem, otrzymamy nowego komendanta...

17.10.1939
Przyjechał, jest nim mjr. Pytel Franciszek, jakim będzie człowiekiem i bezpośrednim naszym przełożonym i opiekunem, nie wiadomo, na pierwszy rzut widać, że jest służbistą, przy pierwszej zbiórce powitalnej zapowiedział, że będzie dbał o nas lecz jednocześnie będzie wymagał od żołnierzy przynajmniej minimalnych rzeczy jak punktualne przychodzenie na zbiórki oraz by wszyscy żolnierze dbali o swój zewnętrzny wygląd. Kpt.Kramer podobno już wyjechał do Francji. Z oficerów w naszym obozie  są : kpt. Roszkowski, por. Piotrowski, ppor.lek.Zakrzewski, por. Dudzik, ppor Nadzieja i jeszcze 2 pporuczników. Warunki układają się możliwie, od rumuńskich władz wojskowych jest przydzielony por.rez. Stefani. Człowiek dosyć porządny z zawodu cyw. nauczyciel.

20.10.1939
Mijają szare dnie, jednakowe, smutne, tęsknota za swoimi serce przeżera, mjr.Pytel przywiózł pierwsze komunikaty wydane przez Deleg.W.P. Babadag, w którym donoszą, że we Francji zorganizował się nowy Rząd Rzeczpospolitej Polski, prezydentem został W. Raczkiewicz, premierem oraz Głównym D-cą Wojsk Polskich Gen. Wł. Sikorski, że we Francji organizuje się Armia Polska,że w kraju jeszcze trwają walki itp. Tymczasem dosyć sporo myśli o ucieczce do domu, czy uda się? Bóg raczy wiedzieć, w nocy nawiedzają sny nieraz sny straszne, niraz, że jestem w domu ze swoimi najdroższymi, czy długo przyjdzie wałęsać się po świecie? Jak tam żyją moi Januś Ziutek, Ziuta, Mama? Kiedy do nich Bóg pozwoli wrócić? Bóg raczy wiedzieć.
Wysłałem do kraju chyba już ze dwadzieścia listów, adresowałem i na dom i do Bernarda, pisałem i do Chmielewskich, pisałem prywatnie i przez Czerwony Krzyż, żeby chociaż otrzymać od nich wiadomość jak żyją i czy żyją! Czy wrócił który z braci?

11.11.1939
Święto Powstania Listopadowego. Mszę Św. celebrował ks. Trzeciak, podczas Mszy jak również w czasie nauki starzy ludzie, jednak płakali jak dzieci, wiele z kobiet, które były na Mszy Św. chociaż to prawosławni lecz również przeczuwając nasze smutne położenie płakały współczując nam. Po Mszy Św. miał krótkie przemówienie profesor Gratiany z Babadag, który podniósł na duchu  mówiąc,że w/g komunikatów radiowych oraz prasowych ani Anglia, ani Francja, ani też Stany Zjednoczone nie uznały okupacji naszego kraju przez Niemcy i Rosję oraz oficjalnie uznały nasz Rząd urzędujący we Francji i utrzymują placówki dyplomatyczne, również wiele z mniejszych Państw utrzymują placówki dyplomatyczne z naszym Rządem. Tymczasem po trochu zaczynają i z naszego obozu chłopcy wyrywać do Francji, chodzą pogłoski wszyscy  będziemy przerzuceni do Francji, tymczasem chłopcy po trochu otrzymują wiadomości z kraju spod okupacji niemieckiej, spod sowieckiej okupacji nie ma żadnej wiadomości gdyż ruskie podobno nie przepuszczają żadnej korespondencji.

01.12.1939
Znów minęło dwa tygodnie beznadziejnego życia i mieszenia gliny, gdyż mieszkam dosyć daleko razem ..........(?) z Julkiem trzeba chodzić dwa razy na zbiórki kontrolne, no i 3 razy po posiłek, ale cóż zrobić. Po posiłku to nieraz to gosposia nie pozwala iść. Dziś podczas zbiórki porannej zostałem wezwany do kancelarji i wyraziłem zgodę na wyjazd do Francji. Czy zrobiłem dobrze - nie wiem,wybaczcie mi moi najdrożsi, ale serce i sumienie mi mówi, że muszę tak zrobić, nie brak takich , którzy nie chcą jechać do Francji, zwłaszcza z Wilna i Wileńszczyzny, którzy otrzymują wiadomości od rodzin, ale tych, którzy odmawiają wyjazdu major każe sporządzać protokuły i odsyła je do Atasze Wojsk. przy Ambasadzie Polskiej w Bukareszcie. Wyraziłem zgodę, stało się pomimo, że serce się rwie do swoich, ale wszystko jedno, na razie nie ma powrotu do domu, nie ma możności zresztą dziej się Wola Boża.

05.12.1939
Pierwsze szczepienie ochronne przeciw durowi brzusznemu, trzeba się szczepić, zawsze bezpieczniej, bo teraz takie błoto, tak wiara choruje na malarię, w naszym obozie 50% chorych, z okręgu Babadag zmarło coś z 5 na "czerwonkę", tak że na cmentarzu już jest zdaje mi się 7 czy 8 grobów Polskich Żołnierzy tułaczy. Tymczasem coraz więcej bractwa wyrywa się do Francji, nawiewają do portów Baltesco, Constantina, a tam już nimi się opiekują nasze specjalne placówki i w świat, chociaż po drodze łapią żandarmi, ale jakoś dają radę, gdy sami nie dadzą rady wykupić się to wykupują ich nasze władze, a trzeba przyznać, że rumuni to naród cygański i za pieniądze wszystko można zrobić i niektórzy ładny majątek na Polakach zrobiły.

12.12.1939
Drugie szczepienie ochronne przeciw durowi brzusznemu. Po pierwszym prawie 3 dni chorowałem, jak drugi doktór (żyd podchorążak) ppor. Zakrzewski wyjechany mówi, że teraz mniejsza reakcja będzie. Wczoraj wyjechał Pawłowski Aleks. syn Pawłowskiego z Grodna, z którym spotkałem się w Babadag i razem byliśmy, tymczasem wczoraj on i jeszcze pięciu poszło, w ogóle teraz wyjeżdżają młodzi oraz ze specjalnością, a potem w drugim rzucie my starsi pojedziemy.

18.12.1939
Zostałem wezwany do kancelarii i zrobiłem zdjęcia do dokumentów, wkrótce będzie wyjazd gdzie już naszych tysiące są i czekają kiedy będą mogły zmierzyć z naszym śmiertelnym wrogiem. Wkrótce na mnie przyjdzie kolej by ruszyć dalej w świat, tymczasem codziennie po 5 - 6 odchodzi. Ludność Slawa-Rusa chociaż wiedzą, że odchodzę do Francji lecz jednak przed rumunami nie zdradzają, zresztą żyjąc  między nimi przez tych parę miesięcy przekonaliśmy się, że są strasznie krzywdzeni przez władze rumuńskie, a gdy opowiadaliśmy im jak u nas w Polsce warunki życiowe układają się to zazdrościli i trzeba przyznać, że chociaż u nas była bieda, nędza i wyzysk to jednak w porównaniu z rumunią, a zwłaszcza w tej miejscowości gdzie byliśmy było znacznie gorzej.

20.12.1939
Ostatnie szczepienie, znów parę dni choroby, ale na Święta będziemy zdrowi, tymczasem święta szybkim krokiem się zbliżają. Gdy w początku nigdy nie myśleliśmy, że przyjdzie spędzać święta na obczyźnie to jednak ta straszna rzeczywistość inaczej się układa, a już i na dworze widoczne są Święta Bożego Narodzenia. Mróz dochodzi do jakich 5 stopni, to zresztą trochę lepiej, gdyż mniej jest błota i przynajmniej na zbiórki i po posiłek można przynajmniej suchą nogą przejść. Tymczasem z domu nie ma żadnej wiadomości, mój Boże, żeby chociaż można by  było otrzymać choć parę słów wiadomości, ale cóż zrobić. Przed paru dniami znów wysłałem może dojdzie, może otrzymają, trzeba mieć nadzieję i pokładać ją w Bogu.

24.12.1939
Wigilia! w południe w sali szkolnej została odprawiona Msza Św., Pasterka, gdyż na Święta to znaczy jutro ksiądz będzie zajęty w innej miejscowości, jesteśmy na Mszy Św., myślą odbiegamy het daleko do najdroższych, tymczasem płynie pieśń "W żłobie leży", "Lulaj że Jezuniu" i inne. Odbiegamy myślą od codziennej rzeczywistości, zdaje nam się na chwilę, że jesteśmy u siebie w kraju, lecz niestety tak nie jest. Po Mszy Św. Ewangelia, potem kazanie dostosowane do naszego życia, jednocześnie pokrzepiające na duchu, że może da Bóg ten Nowonarodzony Jezusek, że odzyskamy swoją Ojczyznę i w..............................................................
z naszych granic trzeba nam żyć z myślą o tem, że tam w kraju są nasi najdrożsi - po Mszy idziemy na obiad, właściwie nie obiad tylko kawy nagotowano, jak wigilia to wigilia, przy poobiedniej zbiórce przyjechał profesor Graciani i przywiózł po 350 ley na gwiazdkę, przy tem miał krótkie przemówienie, że we Francji zaczynają naprawdę bić niemca, że zanim trawka zazieleni a jabłonie pokryje kwiatem będziemy już w kraju  itd. Dałby to Bóg, ale czy tak będzie?
  Wieczorem tradycyjna wieczerza też w szkole, zebraliśmy się wszyscy z całego obozu to znacza razem i lotnicy i inni zbieranina ale ze 470 z lotnictwa i oko 170 z piechoty zostało wszystkiego razem około 300 chłopa to znaczy większa część już wyjechała do Francji. W szkole nie mogliśmy się zmieścić wszyscy w jednej sali, a więc się rozmieściliśmy w trzech salach, dostaliśmy paczki, przyszła najuroczystsza chwila łamanie się opłatkiem, aczkolwiek już pozostali pierwsi (?) przeważnie najstarsi, wielu z takich którzy przeszli wojnę światową (pierwszą), ludzie w ogromnej większości, którzy zostawili w kraju swoje rodziny. Pierwszy przemówił mjr. Pytel, zaczął mówić lecz łzy tamowały głos, nie było takiego chłopa, który by nie miał łez w oczach, mjr. zaczął od słów "moi dzieci" naprawdę jak ojciec, opiekun, potem łamanie się opłatkiem i życzenie mjr. z każdym osobiście przełamał się opłatkiem, każdemu dodał kilka słów zachęty, potem reszta oficerów. Zaczęła się kolacja potem kolędy, z gości na wigilii mieliśmy b. mało gdyż byli nauczyciel rumuński z żoną, wójt z gminy, sekretarz i szef żandarmów, por. Stefani pojechał na urlop. Powoli przygnębienie mija, nastrój się poprawia, zostałyzapalone świeczki na choince, zczęliśmy śpiewać kolędy i tak wieczerza zaczęła dobiegać do końca. Gdy przyszedł jeden żandarm i zameldował szefowi żandarmerii, że przywieźli 3 polaków aresztowanych, szef poszedł, także mjr Pytel wziął paczki i poszedł przełamać się opłatkiem, mój Boże, jak to się dzieje na Bożym świecie, ile to naszych braci tuła się po świecie, poszedł mjr. do nich, lecz niestety wyratować ich nie mógł, gdyż cygany ich wpuścić nie mógł. Kolacja dosyć dobra była oczywiście postna, byli bliny, był ryż, był kompot, no i paczki. Po kolacji poszliśmy do domu, gosposia jeszcze nie spała, dałem jej kilka jabłek, ciastek i w ogóle było w paczce. Tak samo dał Julek, w mieszkaniu jeszcze dosyć długo gwarzyliśmy o swoim domu, o swoich tam w kraju pod zaborem ruskim i niemieckim.

25.12.1939
Pierwszy dzień Bożego Narodzenia, Msza Święta została wczoraj odprawiona, normalnie z rana po kawie, przy której dostaliśmy ciastek i smalcu do chleba, po śniadaniu na zbiórkę kontrolną przyjechał płk. Libich z synkiem i córką odwiedzić nas, pozdrowiliśmy go b. serdecznie, zrobił na nas miłe wrażenie. On ze swej strony prawdopodobnie o nas wyniósł miłe wrażenie, gdyż mjr. Pytel trochę nas pociągnął.

a tymczasem
26.12.1939
Mamy gości, przyjechał minister Arciszewski, płk. Libich z córką i synem, płk. rumuński Zajkaro z żoną, mjr. Owczarski i jeszcze jakiś 3 gości cywilnych rumunów, wieczorem wzięliśmy kilka litrów wina i przegotowaliśmy z cukrem oraz liter spirytusu, trochę przyprawiliśmy, trzeba popić trochę z gospodarzami, jak święto to święto, wieczorem mały popij, baby nie chciały jeść mięsa, bo mówią, że u nich jeszcze post, ale jakoś poszło.


 
 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego